Stowarzyszenie Rodzin Osadników Wojskowych i Cywilnych Kresów Wschodnich jest kontynuatorem
Centralnego Związku Osadników Wojskowych powstałego w marcu 1922 roku
Strona główna Historia osadnictwa wojskowego Historia Stowarzyszenia Nasza działalność KRESOWE STANICE
Pomnik Osadników Sztandar Adresy i kontakty Wydawnictwa i pamiątki Archiwum Ciekawe strony
Pamiętnik zakochanego lotnika

Poniżej prezentujemy początkowy fragment książki "Pamiętnik zakochanego lotnika". Książka ta ukaże się w druku na jesieni br. Autorem jest Edward Metler.

W opublikowanej przez Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej w 1989 roku Księdze Lotników Polskich - poległych, zmarłych i zaginionych 1939-1946 na stronie 389 zamieszczono następującą informację:
P - 76768 Metler Edward, kpt. pilot - F/Lt, urodzony 1.III.1906. Absolwent Szkoły Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie (4 promocja), mianowany porucznikiem obserwatorem 15.VIII.1930. Uczestnik wojny obronnej Polski. Po przedostaniu się do Anglii latał w 300 Dywizjonie Bombowym. Skierowany do 2 AGS w Dalcross 12.IV.1943 na "Miles Martinet" Mk I nr KP 414 wystartował razem z uczniem AC1 Jonesem z RAF do lotu szkolnego na strzelanie. W okolicy Dalcross samolot wpadł w korkociąg, zderzył się z ziemią i spłonął. Powód wypadku nieznany. Obaj zginęli. Kpt. Metler pochowany został na cmentarzu Tomnahurich w Inverness (Szkocja), grób bez numeru. Odznaczony był Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari i czterokrotnie Krzyżem Walecznych.


Edward Metler - autor pamiętnika

Przez wiele lat dojrzewała myśl wydania drukiem wspomnień z II wojny światowej kapitana pilota Edwarda Metlera, wychowanka Gimnazjum Wojciecha Górskiego w Warszawie oraz absolwenta Szkoły Podchorążych Lotnictwa i Centrum Wyszkolenia Oficerów Lotnictwa w Dęblinie. Różne okoliczności nie sprzyjały jednak ich publikacji. Dominującą przyczyną rodzinnych wątpliwości w tym względzie jest bardzo osobisty charakter pamiętnika, który w myśl intencji jego Autora był przeznaczony głównie dla najbliższych mu osób: ukochanej Marioli i matki.

...pisanym na nietrwałych kartkach papieru wspomnieniom, należy się jako wiarygodnemu świadkowi historii szczególna ochrona. Tym bardziej, że dokumentują one nie tylko historię, lecz także uniwersalne wartości i słabości ludzkiego charakteru w wirze toczących się dziejów. Za najlepszą formę ochrony pamiętnika uznana została ostatecznie jego publikacja. (ze Wstępu)

Miłość do ukochanej Marysiuni nabiera we wspomnieniach cech uczuciowej obsesji, a nawet stopniowo narastającego, psychicznego procesu samozniszczenia, w znacznej mierze usprawiedliwionego warunkami wojennymi na emigracji, poczuciem samotności oraz stałym zagrożeniem życia autora pamiętnika i jego kolegów. (z Epilogu)

Osoby zainteresowane książką prosimy o kontakt - napisz do nas


Edward Metler

Pamiętnik zakochanego lotnika

1939 rok

1 września (piątek)
Pamiętnik swój rozpoczynam od momentu wojny z Niemcami. 5 lipca 39 roku wyjechałem do Dęblina na kurs specjalizacji liniowej. Latanie szło mi bardzo dobrze. Moi instruktorzy to bardzo mili ludzie: kpt. Czerny, ppor. Fengler i mjr Kępiński.


Dornier Do-17

W dniu 1 września będąc na lotnisku zobaczyłem samolot Dornier1. Od tej chwili zaczęła się wojna. W dniu tym pojechałem wieczorem z panią Bajanową i Kołaczkowskim samochodem do Warszawy. Przyjechaliśmy rano.

2 września (sobota)
Byłem na lotnisku po gażę. Całe popołudnie spędziłem z Mery2. Wieczorem wyjechaliśmy do Dęblina. W sobotę byliśmy w szpitalu u Bajana3, który został ranny przy bombardowaniu lotniska Dęblin. Dęblin po bombardowaniu wyglądał strasznie. Budynki zniszczone. Wieczorem pojechaliśmy do majątku Życzyn.

3 września (niedziela)
Pobyt w majątku. O 5-ej wieczorem dowiedzieliśmy się z radia o przystąpieniu do wojny Anglii i Francji. Wieczorem pojechałem samochodem do Warszawy z panią Hennebergową. Ponieważ jechaliśmy bardzo powoli, przyjechaliśmy do Warszawy o godzinie 5-ej rano.

4 września (poniedziałek)
Prawie cały dzień spędziłem w łóżku. Przez cały czas wojny spałem bardzo mało. Teraz okazało się co to za rozkosz wykąpać się i potem położyć się do czystego łóżka. Telefonowałem do Marioli4. Nie ma jej w domu, siedzi na wsi. Bardzo się z tego ucieszyłem, gdyż żegnając się z nią bardzo o to prosiłem. Żałowałem, że jej nie ma, ale dlatego tylko, że musiałem być sam przez ten dzień.

5 września (wtorek)
Rano zameldowałem płk R(udnickiemu) powrót po ukończeniu kursu. Kazał mi się udać do Grójca gdzie znajdował się S.D.D.5 Oczywiście musiałem tam się udać własnym przemysłem. Zadzwoniłem do Romana6 i rozmawiałem z mamą Mery. Dowiedziałem się od niej, że jedzie na wieś i że chętnie zabierze mnie z sobą. Wpadłem więc do domu, wziąłem maleńką walizkę i poszedłem na Piusa.
Gdy wyruszyliśmy furmanką, jakiś chłopiec na rowerze dogonił nas i powiedział, że jakaś pani czeka na nas i chce nas zobaczyć. Okazało się, że była to moja Mariola, która wróciła przed chwilą ze wsi. Była bardzo zdenerwowana, gdyż jadąc autobusem do Warszawy musiała dwa razy chować się przed niemieckimi samolotami do rowów. Namówiłem ją i pojechała razem z nami do Komornik.
Przez drogę, dwa razy musieliśmy się chronić do rowów przed samolotami niemieckimi. W Komornikach zjedliśmy obiad. Cały czas pobytu w Komornikach zachowywałem się dziwnie i nie umiałem z Mery rozmawiać. Przeczuwałem, że widzę się z Nią po raz ostatni. Kto wie kiedy ją znów zobaczę?
Pojechaliśmy z Mery bryczką na dworzec kolejki i żegnając się z Mery powiedziałem: "Pamiętaj wszystko co mówiłem". Łzy miałem w oczach. Pocałowałem ją i w biegu wsiadłem do pociągu.

6 września (środa)
Cały dzień pobyt w majątku Gawroń. Niemcy prawdopodobnie poszukiwali naszego lotniska i bombardowali Grójec ze wszystkich stron przez 5 godzin. Lotniska naszego nie znaleźli.7 Wieczorem wysłaliśmy szeregowców i mechaników samochodami do Lwowa. Pozostali tylko Niedźwiecki, Prusak, Ungar i ja. Noc spędziliśmy we czterech, leżąc na lotnisku.

7 września (czwartek)
Rano o 5-ej start do Lwowa. Samolotem PWS 268 leci ze mną Ungar. Pod Kozienicami spotykamy na Wiśle biały hydroplan z polskimi znakami. Był to prawdopodobnie włoski samolot zakupiony przez Polskę. Lecąc koło Dęblina i Borowiny widzieliśmy wielkie zniszczenie jakiego dokonali Niemcy. Zwłaszcza Borowina była bardzo zniszczona. Do Lwowa przylecieliśmy o godzinie 7.30 rano, trafiając od razu na niemiecki nalot na lotnisko. Samolot zostawiliśmy w eskadrze treningowej i udaliśmy się do kasyna na śniadanie. Później pojechaliśmy autobusem do miasta. Tam przydzielono nam pokój w hotelu Francuskim. Brudny żydowski hotel.


Samolot PWS 26

8,9,10 września (piątek, sobota, niedziela)
Pobyt we Lwowie. Kazano nam założyć mundury liniowe, aby nie rzucało się w oczy, że jest tam tylu lotników. Był to przykry moment, kiedy trzeba było zdjąć ten ukochany mundur. Dzień 8 września to przecież imieniny Mery, a w tym dniu byłem z dala od Niej. Bardzo źle się czułem. Co ona robi? Jak się czuje? Jak przeżyła te bombardowania Grójca i później Tarczyna (Raszyn-Radio)? Byłem z Orlińskim w kinie Roxy - dowództwo pułku lotniczego. W czasie bombardowania dworca po raz pierwszy widziałem pięć bomb w powietrzu, lecących na dworzec. Widok i wrażenie straszne. My obaj, lotnicy, którzy powinniśmy być w powietrzu i bronić ludności, która nam ufała, musieliśmy chronić się do rowów. Byłem wtedy bezsilny i zły, że nic nie mogę poradzić na to, że Niemcy latają bezczelnie i robią co chcą.

11 września (poniedziałek)
Rano wyjazd do Bóbrki, około 30 km na południe. Od początku wojny ciągle ucieczka. W Bóbrce dostałem rozkaz aby zaopatrzyć się w cywilne ubranie. Dostałem tam 300 zł i gażę ewakuacyjną 811 zł. Szukałem tu cywilnego ubrania. W najlepszym sklepie, najlepsze ubranie kosztowało 22 zł. Oczywiście nie kupiłem go.

12 września (wtorek)
Nastąpił wyjazd do Kut, skąd piloci i obserwatorzy bojowi mieli udać się do Rumunii po maszyny zakupione w Anglii9. W Stanisławowie kupiłem szare spodnie za 20 zł. W Kutach zakwaterowałem swoje wojsko: 24 podoficerów, najlepszych mechaników i 12 najlepszych szeregowców, którzy również mieli przekroczyć granicę. Kupiłem sobie za 14 zł cywilną wiatrówkę i usiłowałem robić cywila, co mi sprawiało w tych warunkach wielką przykrość.

13 września (środa)
Zacząłem słyszeć zewsząd, że wszyscy traktują przejście granicy jako ucieczkę przed Niemcami. Zrobiło mi się strasznie przykro. Spotkałem masę oficerów, którzy uciekali samochodami służbowymi z żonami i walizkami. Wszyscy byli sztabowymi oficerami. Przykro było na to patrzeć. Zaczęło mi się wtedy to wszystko nie podobać. Wieczorem dowiedziałem się, że technicy mają jechać do Zaleszczyk, a bojowi zostać w Kutach. Przyszedł do nas kpt. Sobol, miły człowiek, chociaż po wielu przejściach i powiedział, że on woli zostać, gdyż już się zrobił bojowcem. Zabrałem wówczas ludzi i razem z nim pojechałem do Zaleszczyk, nie chcąc z Polski uciekać.

14 września (czwartek)
W Zaleszczykach odnalazłem płk Rudnickiego i resztę szeregowych. Zamieszkałem razem z nimi. Poszedłem do płk R(udnickiego) na prywatną rozmowę i prosiłem go, że chcę iść na front latać. Odpowiedział, że pamięta o mnie i że w odpowiedniej chwili będę wykorzystany. Zapomniałem napisać, że 9 września spotkałem p. Sędzielowską, która nie mając wiadomości od Tadka sądziła, że on nie żyje. Uspokoiłem ją mówiąc, że nic o tym nie słyszałem. Wieczorem byłem u jej ojca, gdzie była także pani Medwecka, wdowa po kapitanie. Żegnając się powiedziałem, że już niedługo, po wojnie będę pić u nich wódkę. W Zaleszczykach spotkałem masę znajomych z Warszawy, którzy uciekali przed bombardowaniem.

15 września (piątek)
Nic ciekawego. Brak wiadomości z Polski. Gazet nie ma, radio nie działa. Masa samochodów przejeżdża granicę. Myślę o Mery. Gdzie jest, co robi, jak się czuje? Miałem przez nią wiele przykrych przeżyć, a jednak ją kocham. Chciałbym jej nie kochać, byłoby mi wówczas lepiej.

16 września (sobota)
Podczas gry w oko z kolegami przyszedł do nas po południu mjr Mroczkiewicz i powiedział, że organizuje dywizjon rezerwistów i potrzebuje kilku oficerów (zawodowych). Wybrał między innymi i mnie. Bardzo mnie to zasmuciło, gdyż nie lubię go i nie mam do niego zaufania. Ale trudno, słuchać trzeba, biorę więc dwie walizki i jadę do Dźwiniocz, 6 km na północ od Zaleszczyk. Major zrobił wieczorem odprawę, że jutro koniecznie trzeba zrobić ćwiczenia, golić się, czysto wyglądać itd. Rano po śniadaniu, jak się okazało, wyszła tragedia.

16 i 17 września (sobota i niedziela)
Po śniadaniu dowiedziałem się, że bolszewicy przeszli granicę Polski i idą na Zaleszczyki. Major kazał jak najszybciej udać się do miejscowości Serafińce, na południe od Horodenki i tam oczekiwać jego dalszych rozkazów. Zebrałem 64 podoficerów, którzy tworzyli 4 eskadrę i udałem się z nimi w drogę. Moją dużą walizkę kazał major położyć na samochód półciężarowy i miał ją tam przywieźć. Doszliśmy po ciężkiej drodze do Dniestru, który przeszliśmy w ubraniu. Ciągle latały samoloty niemieckie, co bardzo utrudniło nam drogę. Przeszliśmy wtedy około 40 km. W Serafińcach zatrzymaliśmy się około godziny 5-ej po południu. Majora tu jednak nie było. Dałem szefowi 30 zł i kazałem kupić jedzenia dla ludzi, którzy od trzech dni nic nie jedli. Wieczorem, kiedy wszyscy przygotowywali się do snu, dowiedziałem się od jednego plutonowego, że major jest już za granicą i że każe nam natychmiast przejść granicę. Kiedy zawiadomiłem o tym kolegów zapanowało wielkie oburzenie. Jak to możliwe - dowódca, przez cały czas bardzo ciężkiego marszu, nie troszczy się o swych ludzi, nie daje im obiadu wiedząc, że przez 3 dni nic nie jedli, nie daje im pieniędzy, które już sam dostał, lecz sam czym prędzej przekracza granicę, jakby się mu z tym tak bardzo spieszyło. Rozkaz jest jednak wyraźny, każę ludziom przygotować się do wymarszu do granicy. Wrażenie na szeregowych i podoficerach było wielkie. Słyszałem wówczas takie słowa jak: "Kapitan może z nami iść, a ten głupi chuj nie? Za co mu dali majora?" Przykro było słuchać te rzeczy, tym bardziej, że nie znając ludzi i nie widząc twarzy nie mogłem na to reagować. Zresztą czy oni nie mieli racji? Czy tak postępuje prawdziwy dowódca? Udaliśmy się do granicy razem piechotą około 25 km. Granicę przekroczyłem 17-go (września) godz. 7.30 wieczór. Od forsownego marszu skręciłem sobie lewą nogę w kostce tak, że nie mogłem już zupełnie iść. Wsiadłem wówczas na furmankę. Po drodze spadł ulewny deszcz i przemokłem do ostatniej nitki. Koło godziny 1-ej w nocy zatrzymałem się wraz z podporucznikiem lotnictwa w chałupie, gdzie spaliśmy do rana w jednym łóżku. Sen był bardzo przyjemny po tym 65-kilometrowym marszu. Spałem w mokrej koszuli i kalesonach, przykryty mokrym kocem.

18 września (poniedziałek)
Rano udałem się z kilkoma kolegami samochodem ciężarowym dalej w drogę. Przyjechaliśmy koło 11-ej godziny do miasteczka Zastawna. Tutaj musieliśmy się wykąpać. Miejscowa kolonia polska przyjęła nas bardzo gościnnie. Stąd udaliśmy się do Czerniowiec.
Muszę jeszcze napisać o najbardziej przykrym wypadku, a mianowicie o 12-ej w nocy dnia 17 (września) zostałem przez Rumunów rozbrojony. Zwrócił się do mnie szeregowy abym oddał mu pistolet. Zwymyślałem go. Nadszedł wówczas porucznik i musiałem oddać mu moją broń. To było wielkie przeżycie. Wieczorem przyjechałem do Czerniowiec. Była tu masa lotników i innych. W konsulacie polskim przyjęto nas bardzo źle, mówiąc, że jesteśmy sami sobie winni, że przekroczyliśmy z bronią granicę. Przecież nikt z nas nie zrobił tego z własnej woli. Mieszkanie dostałem u płk Volseanu, którego żona była Polką. Piszę "była", gdyż rozmawiać z nią można było tylko po francusku. Spałem na cudnym tapczanie, mając cudną pościel.

19 września (wtorek)
Poszedłem do konsulatu, mało kolegów spotkałem. Tutaj dostałem zaświadczenie, na mocy którego mogłem wymienić w banku 40 zł na leje po kursie 20 lei za jednego złotego. Rumuni nie robili nam łaski, tylko mając długi wobec Polski i mając gwarancje, że skarb polski jest w Anglii, na nasze zarządzenie wydawali tak pieniądze.

20 września (środa)
Razem z kolegami zaczynamy kombinować, co dalej z sobą robić. Rumuni zrobili kilka obozów i zamykali tam oficerów, podoficerów i szeregowych. Ja, podobnie jak Daniel i Krzepisz, do obozu iść nie chciałem, uważając, że trzeba iść walczyć z Niemcami, czego do tej pory nie zrobiliśmy. Słyszałem, że jest legion polski we Francji, tam chcieliśmy się udać. Zacząłem się starać o ubranie cywilne. W podłym sklepie kosztowało ono 2500 lei, a skąd je wziąć? Złote polskie zupełnie nic nie warte. Miałem wtedy około 2000 zł, a nie mogłem za nie nic kupić. Postanowiłem sprzedać zegarek i za te pieniądze udać się do Konstancy, a tam dalej na okręt i do Francji.

21 września (czwartek)
Moi koledzy spotkali płk Luzińskiego, który poszukiwał bojowych pilotów i obserwatorów. Dał nam 2000 lei i kazał jechać do Bukaresztu, aby stamtąd udać się do Francji.

22 września (piątek)
Udawaliśmy się do Bukaresztu. Odprułem z munduru ćwiczebnego guziki wojskowe i taśmy ze spodni. Poszedłem do mieszkania gdzie spali moi koledzy. Bardzo biedne małżeństwo polskie. Tam żona dała nam z szafy dwa najlepsze krawaty męża. Bardzo mnie to rozczuliło. W tym dniu policja i żandarmi wyłapywali już polskich wojskowych, kierując ich do obozów. Wieczorem przyjechaliśmy do Bukaresztu. Udaliśmy się do Domu Polskiego gdzie spotkałem Niedźwieckiego i innych kolegów, którzy pierwsi mieli jechać do Rumunii po (zakupione wcześniej) angielskie samoloty. Spaliśmy na podłodze w szesnastu.

23 września (sobota)
Zmieniłem 300 zł na leje i za te pieniądze kupiłem sobie marynarkę cywilną, koszulę, skarpetki i ręcznik. Cały mój dobytek zginął z walizką, którą "zaopiekował" się Mroczkiewicz. Niech go nagła krew zaleje, skurwysyna. W Bukareszcie dostałem paszport na nazwisko Metlerski.

24 września (niedziela)
Oczekujemy dnia wyjazdu do Konstancy, skąd okrętem mamy udać się do Syrii, gdzie są nasze samoloty.

25 września (poniedziałek)
Wieczorem wyjeżdżamy do Konstancy, mając wizy francuskie. Rano o 7-ej następnego dnia przyjechaliśmy. Rumunia straszny kraj, za pieniądze można zrobić wszystko. Żołnierze obdarci. Oficerowie biją w mordę. Oficjalnie jest przyjęta kara chłosty.

26 września (wtorek)
Zamieszkaliśmy w czterech, dwa pokoje w hotelu "Bristol". Mjr Krzemieński (Krzemiński?), por. Daniel, por. Krzepisz i ja. Chodzimy codziennie do konsulatu aby dowiedzieć się co z nami będzie. Czekamy dalszych zarządzeń. Nic do tej pory nie wiemy. Boimy się wychodzić, gdyż zaczepiają ludzi wyglądających na wojskowych.

27 września (środa)
Brak nowin. W dalszym ciągu czekamy na wiadomości. Wiemy, że 28-go mamy jechać okrętem do Syrii. Forsa kończy się, dlatego przeprowadzamy się do podejrzanego domu, gdzie mieszkają tak zwane "damy". O czwartej rano przychodzi policjant i każe ubierać się, aby iść na dworzec i jechać do obozu. Nie zgadzamy się. Przychodzi podoficer i zgadza się zostawić nas w spokoju. Gospodarz daje im łapówkę. Jak się później okazało obaj przychodzili tylko w tym celu. Śpimy we czterech w jednym pokoju, płacimy 120 lei za dobę. Jedzenie kupujemy na mieście i sami robimy śniadania i kolacje.

28 września (czwartek)
Jak się okazało nigdzie nie wyjechaliśmy. Niemiecki attache wojskowy był codziennie w porcie i nie pozwolił na żaden wyjazd. Gen. Rayskiego10, który był już na statku zmusił do wyjścia. Nastrój straszny, pozostaje teraz chyba pójść do obozu.


1 Dornier Do-17 - niemiecki, dwusilnikowy samolot bombowy i dalekiego roz-poznania użyty masowo przeciwko Polsce we wrześniu 1939 roku; załoga 4 lu-dzi, prędkość maks. 420 km/h, 3-4 kaemy, udźwig 1000 kg bomb.
2 Mery - Maria Dąbrowska; warszawianka, mieszkanka domu przy ulicy Piusa XI, ukochana autora pamiętnika.
3 Jerzy Bajan, 1901-1967, pułkownik, pilot wojskowy i sportowy, specjalizujący się w akrobacjach lotniczych. Zwycięzca Challange w 1934 na samolotach RWD-9. W latach 1935-39 dowódca Centrum Wyszkolenia Oficerów Lotnictwa w Deblinie. Pilot mysliwski w Bitwie o Anglię.
4 Mariola - jeden z licznych synonimów lub zdrobnień imienia Maria nadawanych przez autora pamiętnika swej ukochanej (także: Mery, Merynia, Merunia, Mera, Marysia, Marysiunia, Marynia).
5 S.D.D. - stanowisko dowodzenia dywizjonu.
6 Roman Dąbrowski, brat Marii Dąbrowskiej.
7 Prawdopodobnie mowa o lotnisku polowym w Drwalewie pod Grójcem.
8 "PWS 26" - Samolot szkolno-treningowy (strzelanie, bombardowanie, akro-bacja) produkowany od 1936 r. w Podlaskiej Wytwórni Samolotów. Załoga 2 osoby. 1 kaem. Prędkość maks. 200 km/h. W latach 1936 - 1939 wyproduko-wano 320 PWS 26.
9 Wiosną 1939 Polska zakupiła w Wielkiej Brytanii 100 lekkich bombowców Fairey Battle, 10 samolotów myśliwskich typu Hawker Hurricane i jeden typu Vickers Spitfire. Wysłane z opóźnieniem samoloty nie otrzymały jednak prawa rozładowania w portach rumuńskich i zostały ostatecznie skierowane do Turcji.
10 Ludomił Antoni Rayski, 1892-1977, pilot, generał, legionista, 1936 - III 1939 dowódca polskiego lotnictwa wojskowego, podczas II wojny światowej w dowództwie Polskich Sił Powietrznych na Zachodzie.

Ciąg dalszy w książce

Designed by M.Sz.