Stowarzyszenie Rodzin Osadników Wojskowych i Cywilnych Kresów Wschodnich jest kontynuatorem
Centralnego Związku Osadników Wojskowych powstałego w marcu 1922 roku
Strona główna Historia osadnictwa wojskowego Historia Stowarzyszenia Nasza działalność KRESOWE STANICE
Pomnik Osadników Sztandar Adresy i kontakty Wydawnictwa i pamiątki Archiwum Ciekawe strony
Siostra Stefunia

Myślę o niej często. Czynię próby przywołania w mej pamięci jej osoby, szczegółów jej jakże krótkiego życia. Urodziła się głodna, przychodząc na świat w zimny, grudniowy dzień 1940 roku w zapadłej głuszy bolszewickiej tajgi; w wygnańczych Ozierkach umiejscowionych gdzieś na mapie Syberii, która - jak ów tajemniczy i okrutny Moloch - pochłaniała ciągle nowe ofiary z grona wygnańczej rzeszy kresowych Polaków, rzuconych w pustkowia okalających Świerdłowsk na przestrzeni setek kilometrów. Niezbyt daleko od historycznego Tobolska, dokąd traktem wygnańczym mknęły sto lat wcześniej kibitki z nieposkromionymi, jak i oni, Polakami. Miała stać się chyba obroną przed wysłaniem Matki do ciężkiej pracy w tajdze. Czy dlatego przyszła na świat? Nikt już nie dowie się prawdy, chociaż można robić różne założenia... Była ochrzczona z wody, zaraz pierwszego dnia życia.


Stefunia na kolanach mamy

Była maleństwem o przeraźliwie jasnej cerze, przezroczystej, czasem o jakimś niebieskim prawie odcieniu. Z siostrami: Marynią i Heleną zbieraliśmy dla niej jakieś pożywienie, specjalnie jagody czarne, poziomki i maliny. Jej głód dopominał się ciągle zaspokojenia upodabniając ją do reszty rodziny, która różniła się tym, że była świadoma aż zbyt licznych niedostatków i głodu równie gnębiącego. Tej świadomości była pozbawiona Stefunia i instynktem małego dziecka wiedziona - wykorzystywała tę sytuację. Wyciągając zaborczo dłonie mówiła "daj", kierując spojrzenie na kęs strawy w posiadaniu kogoś z domowników. To było pierwsze słowo Stefuni, którym terroryzowała rodzeństwo, prosząc natarczywie o oddanie wszystkiego, co rozpoznawała jako pokarm. "Daj", "daj" - dopominała się Stefunia...
W podróży z Sybiru, gdzieś do mistycznych placówek polskich mających jakoby funkcjonować w większych miastach - Stefunia była obiektem troski całej rodziny, zajętej zdobywaniem dla niej w pociągach jakiegoś ciepłego jadła, odpowiedniego kąta w poczekalniach stacji kolejowych.
Jej ciągła agresywność w dopominaniu się o coś do jedzenia, była sprawdzianem jej zdrowia, chociaż w podróży przez Kazachstan śmierć zaczęła zbierać swe żniwo. W Czkałowie zaczęła Stefunię męczyć gorączka. W Arissi rozchorowała się na dobre. Uciekłem wówczas z wagonu do wojska. W Taszkencie - zgodnie z przekazem - rozpoczęła się walka ze śmiercią. Na raty. Dżałał-Abad był jej kolejnym etapem, gdzie okropność sytuacji zaczęła mówić o ostatecznym losie Stefuni.
Uzbekistan. Ciemna droga wiodąca do nikąd. Uzbek kiwający się rytmicznie na swoim koźle i ciągle wypowiadający jedno słowo: Dżanginur, Dżanginur... Już na miejscu stwierdzili, że przywieziono ich do Jangi Nur. Dno upadku na tej przez Boga zapomnianej ziemi. Biel śniegu - jedyna jasność w tych dniach powolnej agonii Stefunii. Ostatnie próby ratunku, przez oderwanie się od wnętrza zadymionej, brudnej i przeludnionej nędznej "kibitki" i szukanie ocalenia w odosobnionej oborze, którą Ojciec oczyścił dla ich użytku - nędzarzy z Wołynia. Pewnej nocy, 1942 roku, gdy znużeni krańcowo przejściami ostatnich miesięcy, tygodni, dni i godzin - anioł śmierci zabrał 15. miesięczną Stefunię Kołodziej. Z determinacją zbijał jej ojciec małą trumienkę. Robił wrażenie człowieka spokojnego, tylko czasem ocierał rękawami oczy, pociągał nosem, a gdy ktoś nadchodził - odchylał głowę od ciekawskich spojrzeń kręcących się ludzi. Potem ustroili wraz z Marynią maleńkie zwłoki Stefuni jak tylko mogli najpiękniej i z czułością złożyli w trumience Poszli na cmentarz w okropnej wietrznej pogodzie i kopali twardą od mrozu ziemię. Później w głębi grobu złożyli dziecięce szczątki. Pod obce niebo uzbeckie ulatywały słowa modlitwy żałobnej, po trzykroć powtarzanej:
- Wieczne odpoczywanie, racz jej dać Panie... Niech odpoczywa w pokoju... Niech nigdy nie gnębi ją ból, ni głód. Weź ją do siebie, o Dobry Panie. Bo prawdziwe piekło przeszła na padole w ciągu tak krótkiego życia. Niech tak się stanie Dobry Boże.
I tylko drewniany krzyż - bez imienia i nazwiska - znaczył miejsce tej ofiary bolszewickiego barbaryzmu. I nakaz ojcowski: Pamiętaj to miejsce. W Jangi Nur, w Uzbekistanie.
Moja jednostka dzieliła koszary z kompanią saperów i szwadronem szkolnym broni pancernej. Modlitwa wieczorna miała miejsce zawsze w ciemnościach. Mieliśmy pogotowie marszowe. List od sierżanta Franciszka Górnika donosił o śmierci Stefuni. W tych ciemnościach nikt nie widział łez wolno spływających po mych policzkach.

Adolf Kołodziej (Anglia)

Designed by M.Sz.